piątek, 27 lutego 2015

Książkomania

     Kupowanie książek od zawsze poprawiało mi humor. Bo zakupy mają to do siebie, że sprawiają radość. Ale nic tak nie wywołuje uśmiechu na mojej twarzy jak nowa pachnąca książka, która przenosi mnie w inny świat podczas czytania.
     Nie wyobrażam sobie domu bez książek, bo bez nich wydaje mi się on pusty i zimny, brak w nim poczucia bezpieczeństwa. Samo posiadanie książek nie dałoby mi tyle radości, gdyby nie ich czytanie. W końcu dzień bez czytania, to dzień stracony. ;) I nawet nie jest do końca ważne czy czytamy romans, kryminał, literaturę popularnonaukową, czy "co tam kto lubi". Liczy się sam fakt oddawania się lekturze, która rozbudza wyobraźnię i poszerza słownictwo. Choć muszę przyznać, że na niektóre pozycje zwyczajnie szkoda mi czasu.
     Wszelkie promocje, rabaty na książki są dla mnie... wykańczające, bo nie potrafię przejść obok nich obojętnie. A miejsca na półkach zacznie powoli brakować. Niektórzy mogliby powiedzieć, że już go nie mam, ale ważne, że ja na razie tego nie zauważam. ;) Czy to uzależnienie? Zapewne tak, ale każdy jakieś ma. Czy jest niebezpieczne? Zapewne jak każde, ale na szczęście nie wydaję ostatnich pieniędzy na książki.

Obiecałam Asi, że wrócę do blogowania. Asiu, wracam! ;) Powoli, jeszcze trochę tak nieśmiało, ale będzie lepiej. Muszę tylko się rozkręcić.
    

wtorek, 30 września 2014

Refleksjnie o "Koronie Ziemi" Artura Hajzera

"Czemu Ty Arturku pod tą Nangą stoisz?
Czy cię wicher smaga czy się góry boisz?
Wicher mnie nie smaga, góry się nie boję,
przymarzła mi dupa, więc pod Nangą stoję."
Walek Nendza
Jakiś czas temu czytałam "Koronę Ziemi" Artura Hajzera, historię zdobywania gór, pełną anegdot i dygresji, która wzrusza, porusza, bulwersuje... szczególnie gdy Artur opisuje Everest... dużo jest ciekawostek, o których (przyznaję) nie miałam pojęcia. To niepowtarzalna pozycja! Miałam o tym napisać dużo wcześniej, ale jak zawsze zabrakło mi czasu. Teraz też go nie mam, ale naszła mi ochota na pisanie. 
Do kupienia "Korony Ziemi" przymierzałam się bardzo długo, gdy wyszło wydanie albumowe, ale cena trochę mnie odstraszyła. Gdy dowiedziałam się, że wyjdzie pozycja "kieszonkowa" byłam w "siódmym niebie". "W końcu coś na kieszeń bibliotekarki" - pomyślałam. A Artur zginął na Gaszerbrumie I jeszcze przed drugim wydaniem książki... Do tej pory trudno mi w to uwierzyć, bo chociaż go nigdy nie poznałam był mi w jakiś sposób bliski, bo kochał góry, dał szansę młodym ludziom na realizację marzeń. Żałuję, że nie spotkałam go w tym życiu, ale myślę, że kiedyś na pewno spotkamy się razem w innym świecie, gdzieś na górskim szlaku...
Miało być o książce... a jak zwykle odbiegłam od tematu. Dlaczego tak się nią zachwyciłam? Sama nie wiem. Jest w niej coś urzekającego, to chyba duch Artura, który nie odstępował mnie na krok gdy ją czytałam.;)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

9. Biwak Zimowy n.p.m. (21-23.02.2014)

Zawirowania w pracy przed wyjazdem na 9. Biwak Zimowy n.p.m. skróciły mi czas oczekiwania na niego. Przyszedł jednak czwartek 20 lutego 2014 roku, w który to trzeba było wstać o 4:00, by na 6:37 dotrzeć na dworzec Łódź Kaliska. Parę minut po czwartej zadzwoniła koleżanka z informacją, że nie wie czy da radę, bo czuje się chora... Jakoś udało mi się ją zachęcić i tak, w nie całkiem dobrych humorach, wyruszyłyśmy w podróż. Przed 10 byłyśmy w Krakowie. Szybka orientacja w sytuacji i po kilku minutach odnajdujemy miejsce, z którego odjeżdżają busy do Jordanowa. Dobrze, że nie musiałyśmy długo czekać, bo koleżanka nie miała czasu na zrezygnowanie z podróży, o którym mówiła w pociągu. Po 1,5 godziny docieramy do wspomnianego Jordanowa i... okazuje się, że nie ma żadnego busa do Sidziny - Wielkiej Polany... jedynie do Sidziny, a stamtąd 4-5 kilometrów czekałaby nas piesza wędrówka. Patrząc na stan zdrowia koleżanki i mój, w razie gdybym musiała ją nieść, nie decydujemy się na takie rozwiązanie. Bierzemy jedyną taksówkę z postoju, i za całkiem dostępną dla nas kwotę jedziemy wygodnie do Sidziny - Wielkiej Polany (fakt, trochę nas zabolała kieszeń, ale gdyby nie ta decyzja, obawiam się, że któraś z nas by nie przeżyła). :P

Godzina 12:50. Teraz już "tylko" dojście na Halę Krupową. Biorę na siebie ciężar namiotu i powoli ruszamy dalej. To było jedno z moich najgorszych przejść (Beskidy mnie nie lubią?). Wypchany plecak z doczepionym krzywo namiotem (bo nie było już jak go przytroczyć) cholernie mi ciążył. Koleżanka ledwo żywa zaczęła mnie martwić. "W takim tempie to my nie mamy szansy dojść w 1,5 godziny" - myślę sobie - "ale ważne, żeby dojść w ciągu dnia". Teraz i ja zaczęłam powoli opadać z sił. No tak, przecież od 4:00 rano poza skromnym śniadaniem i kawą zjadłam jedną małą kanapeczkę. Monia nie wiele więcej. Zarządzam przerwę na jedzenie i uzupełnienie płynów, nawet nie patrzę na zegarek. "Cholera, daleko jeszcze?" Powoli mija największy kryzys, zbieramy się dalej. Po pół godziny widzimy schronisko, jeszcze 10 minut i będziemy na miejscu. "Głupio zrobiłyśmy, że tak długo nic nie jadłyśmy" - mówimy prawie jednocześnie. Na Halę dotarłyśmy o 16:00... Dobrze, że zdecydowałyśmy się jechać dzień wcześniej, bo gdybyśmy podróż zostawiły na piątek, mogłoby być nieciekawie.




W czwartek było widać nawet Tatry, co prawda nie jakoś rewelacyjnie, bo powietrze było mało przejrzyste, ale po raz pierwszy widziałam Tatry nie z Tatr. ;)


Po trudach podróży nastał w końcu piątek. Poza nami, w czwartek przyjechało też kilka innych osób i w piątkowy poranek zaczęli rozstawiać namioty. Zmusiłam koleżankę do tego samego, jak się okazało dobrze zrobiłam, bo z naszym namiotem miałyśmy poważne problemy. Szczegóły pominę, ale było zabawnie :D W każdym razie dobrze się skończyło. ;)

W końcu przyszedł czas na rozpoczęcie biwaku. W między czasie zintegrowałyśmy się z biwakowiczami. ;) Kilka minut po 16:00 naczelny n.p.m.-u oficjalnie nas powitał. Pierwsza prezentacja dotyczyła fotografowania - głównym sponsorem 9. Biwaku Zimowego n.p.m. był Olympus - więc oczywiście wszystko dotyczyło ich sprzętu. Tego wieczoru 2 razy mogliśmy posłuchać, popatrzeć na zdjęcia i porozmawiać z Marcinem Dobasem, fotografem, podróżnikiem i ratownikiem górskim. Bardzo ciekawy człowiek, pełen pasji, zaangażowania w to co robi. Miło było go słuchać. Zdjęcia robi rewelacyjne. Dużo nauki przede mną i będę musiała w niedalekiej przyszłości zmienić aparat na lepszy. Marcin używa sprzętu marki Olympus i najczęściej są to bezlusterkowce, które uważa za najlepsze. Ja się nie znam, ale cholera jego zdjęcia robią wrażenie.

Również w piątek wysłuchaliśmy Olafa z firmy Nordhorn, który zaprezentował nam specjalistyczne skarpety zimowe (otrzymaliśmy je w prezencie). I w taki sposób zostaliśmy pierwszymi odbiorcami, bo nie ma ich jeszcze w sprzedaży. To właśnie podczas tej prezentacji miałyśmy z koleżanką dobre wejście.
Olaf opowiadał: "Nordhorn to polska firma produkująca skarpety w Łodzi".
Ja z Moniką i inni biwakowicze, którzy już wiedzieli, że my jesteśmy z okolic Łodzi: "Z Łodzi? My jesteśmy z okolic Łodzi."
Olaf: "No właściwie to z Aleksandrowa Łódzkiego".
Ja: "O kurcze, my jesteśmy z okolic Aleksandrowa Łódzkiego".
Po prezentacji porozmawiałam z Olafem i okazało się, że w Aleksandrowie mają 2 swoje siedziby (naprawdę nie miałam o tym wcześniej pojęcia, ale akurat tego dnia miałam na stopach skarpety tej firmy, które kupiłam sobie rok temu w popularnym sklepie internetowym ;) o czym oczywiście musiałam Olafowi powiedzieć). :P I tak do końca biwaku byłyśmy z Monią bohaterkami. :P
Był nocny spacer na Okrąglicę i ognisko.

Później nastała zimna noc w namiocie. Nawet nie było tak źle. W stopy było ciepło, w dłonie bylo ciepło, w głowę było ciepło, ale tyłek to mi cholera zmarzł :D Z tego powodu co chwila się budziłam i marzyłam tylko o tym, żeby była już 6:00 rano.


Sobota. Gdy w końcu wybiła 6:00 popędziłyśmy do schroniska wziąć ciepły prysznic. ;) Po śniadaniu były kolejne prezentacje w schronisku, a później szkolenia na świeżym powietrzu. Zostaliśmy podzieleni na 4 grupy (nasza liczyła 13 osób) i rozpoczęliśmy zajęcia praktyczne.

Sebastian uczył nas jak zbudować biwaku awaryjnego i tak powstało igloo. ;)
Na zdjęciu nadzoruje naszą pracę ;)

Później było gotowanie wody i przyrządzanie jedzenia (liofilizaty) :P (hmmm nie mogłabym tego jeść). :P

Kolejne szkolenie dotyczyło posługiwania się rakami i czekanem.

Poznaliśmy też podstawy pierwszej pomocy medycznej (co prawda byliśmy już tak przemarznięci, bo cały czas z nieba coś leciało i było strasznie mglisto, więc długo to nie trwało). Pędem pobiegliśmy do schroniska na ciepłą zupkę, by mieć siłę na 2 pozostałe szkolenia. Pierwsze z nich (dla nas już trzecie tego dnia) odbyło się w schronisku i było szkoleniem lawinowym. Niestety nie mieliśmy szansy przetestować lawinowego ABC, bo nie było aż tak dużo śniegu. Ale "Józka" szukaliśmy. ;)

Terenoznawstwo to ostatnie szkolenie, w którym wzięliśmy udział. Dostaliśmy GPS-y (firmy Garmin - sorry reklama musi być) :P i wyruszyliśmy w las szukać słoiczków z wafelkami. :D Musieliśmy jeszcze wziąć czołówki, bo byliśmy ostatnią grupą i zastał nas wieczór, a w lesie zgubić się nie jest trudno. ;) Bardzo mi się podobała ta zabawa. Wafelka znalazłam bardzo szybko. :D Pyszny był. ;) I na koniec uczyliśmy się jak prawidłowo posługiwać się kompasem.

I tak minął dzień. Pełen wrażeń, śmiechu i oczekiwania na gościa specjalnego, którym był Adam Bielecki. Opowiadał o swoich wejściach na ośmiotysięczniki: Makalu, Gaszerbrum I, Broad Peak i K2. Pokazywał zdjęcia i filmy. Odpowiadał na nasze pytania. Po oficjalnym pokazie jeszcze długo w trochę mniejszym gronie rozmawiał z nami. To był świetny wieczór, a sam Adam to naprawdę bardzo miły, skromny człowiek. Dostałam nawet autograf. :)

Niedziela. Ostatni dzień biwaku - to gra terenowa, w której podzielni na 4-osobowe grupy praktykowaliśmy wszystko to, czego się nauczyliśmy. Moja grupa zajęła 3 miejsce i wygraliśmy książki. :) A na koniec losowanie upominków - w którym to zgarnęłam... książkę. :D "Książki poszły w dobre ręce do bibliotekarki". ;) Coś chyba w tym jest, że je przyciągam.


I niestety biwak się skończył, a nas czekał już tylko powrót do domu. Na szczęście tym razem poszło nam zdecydowanie lepiej. Z Hali Krupowej do Sidziny - Wielkiej Polany szłyśmy mniej niż godzinę, a stamtąd zabrałyśmy się z jednym z biwakowiczów do Jordanowa. Z Jordanowa do Krakowa. Z Krakowa do Łodzi. Z Łodzi do domu. ;) I pierwsze słowa, które usłyszałam po powrocie to były: "Dziecko, jak Ty schudłaś, jaka blada jesteś." :D To jeszcze nic... poszłam do pracy i co słyszę: "Iwona, przez te 3 dni bardzo schudłaś". :D

środa, 1 stycznia 2014

Rysy 2012

Dziś zabiorę Was na Rysy. A konkretnie na mój drugi raz na Rysach (o pierwszym może napiszę kiedy indziej).

Wyjazd na wakacje w Tatry w 2012 roku zaplanowany był już... prawie na początku roku. Basia zamówiła nocleg w starym schronisku w Morskim Oku dla naszej świętej trójcy już... w marcu (miejsc w nowym już nie było :O ). Plan był taki, by pierwszego dnia iść na Szpiglasowy i Wrota przez Dolinę Pięciu Stawów i zejść do MO-ka, a drugiego dnia uderzyć na dach Polski. Wszystko było pięknie. Urlopy załatwione, a tu nagle wiadomość, że 5 lipca zeszła kamienna lawina i szlak na Rysy został zamknięty, a my wejście mieliśmy zaplanowane na 23 lipca. Cholera! Wkurzyłam się, ale jeszcze nie tak bardzo jak Basia z Tomkiem, dla których miał to być pierwszy raz, choć świadomość ponownego wejścia na Rysy bardzo mnie cieszyła. 

Z niecierpliwością przeglądaliśmy wszystkie doniesienia o aktualnej sytuacji na szlaku, ale niestety, mimo wytężonych prac TPN-u wszystko wskazywało no to, że nie będzie nam dane wejść na Rysy. W między czasie wymyślaliśmy plan awaryjny.

Do Zakopanego przyjechałam 19 lipca z prawie 2 godzinnym opóźnieniem. Pogoda była "mglista", a ja byłam wymęczona podróżą. 22 lipca dojechała Basia z Tomkiem i tak jak zaplanowaliśmy weszliśmy na Szpiglasowy Wierch, później były Wrota Chałubińskiego. Niestety widoków nie było, bo naszły fantastyczne chmury.

Do schroniska w Morskim Oku dotarliśmy ok 18.00. Zameldowaliśmy się w 12-osobowym pokoju, wybraliśmy miejsca, wzięliśmy gorąca kąpiel i zaczęliśmy omawiać "plan na jutro". Wzdychaliśmy przy tym, że "jaka szkoda, że szlak na Rysy zamknięty", gdy nagle z łóżka po przekątnej usłyszeliśmy męski głos "ale szlak na Rysy od jutra będzie otwarty, bo dzisiaj właśnie kończyli prace i zdejmowali tabliczki z zakazem wstępu". Trudno nam było w to uwierzyć, więc poszliśmy zapytać do nowego schroniska czy to prawda. Okazało się, że tak. Można sobie tylko wyobrazić naszą radość.

23 lipca 2012 punktualnie o 5.00 nastąpiła pobudka i szykowanie do wyjścia. Nie zabrakło śniadania i obowiązkowej kawy. O 6.00 ruszyliśmy. Widoki były po prostu piękne. Tatry niesamowicie wyglądały w porannym świetle. Byliśmy jedynymi turystami na szlaku, dopiero w okolicach buli pod Rysami usłyszeliśmy za nami grupę ludzi, która bardzo szybko parła do przodu. Szlak w porównaniu z 2010 był rzeczywiście zniszczony, no ale kamienna lawina zrobiła swoje. Nie spieszyliśmy się w ogóle. Często przystawaliśmy i robiliśmy zdjęcia. Był też czas na chwilę zadumy i refleksji. Ok 10.00 dotarliśmy na szczyt, gdzie siedziało już kilka osób. Ich miny na nasz widok były bezcenne. Prawie nikt nie chciał nam uwierzyć, że szlak jest już otwarty: "Ale jak to? Naprawdę? Żartujecie? Weszliście nielegalnie?" 

Wkrótce przeszliśmy na słowacki wierzchołek, gdzie w ciszy i spokoju mogliśmy leżeć i napawać się widokami. Nie wiem ile czasu tam spędziliśmy. Wiem jedno: było rewelacyjnie, słoneczko grzało, chmurki ładnie komponowały się z górami.

Uznaliśmy, że czas wracać. Już w trakcie wchodzenia ustaliliśmy, że zejdziemy słowacką stroną. Tak też zrobiliśmy. Widoki zapierały dech w piersiach ;) Ale szczerze mówiąc bardziej podoba mi się wejście od polskiej strony, chyba dlatego że jest dużo łańcuchów i pracują mi i nogi i ręce ;) Na pewno jeszcze kiedyś wrócę na Rysy.

I kilka zdjęć:


sobota, 7 grudnia 2013

Cień

Miała wrażenie, że nigdzie nie pasuje, że wszędzie gdzie się pojawia, na początku owszem jest miło i przyjemnie, ale za chwilę schodzi na dalszy plan. I nie chodziło jej o bycie w centrum uwagi, bo tego nigdy nie lubiła, ale chciała raz być zauważona. Wokół niej inni byli fajniejsi, zabawniejsi, potrafili dostosować się do grupy. Ona tego nie potrafiła. Zawsze wybierała to, na co akurat ona miała ochotę. Kiedyś chciała być jak inni, postanowiła się śmiać z głupich żartów (chociaż wcale nie były śmieszne), lekko traktowała życie, ale... szybko się zmęczyła, bo lubiła posiedzieć i pomyśleć w ciszy i samotności. Wolała słuchać, a nie gadać, choć do powiedzenia zawsze miała bardzo dużo. Postanowiła więc zniknąć, żeby zobaczyć czy ktokolwiek zauważy jej nieobecność... Zabawne, tylu znajomych, a tak naprawdę nikogo wokół niej...


wtorek, 3 grudnia 2013

Bystra i Błyszcz jesiennie 13.10.2013

Gdy kładłam się spać w sobotę wieczorem (12.10.13) nie byłam pewna czy zdołam wstać kolejnego dnia przed 7. Jednak myśl o tym, że idziemy na Bystrą dodała mi siły, wyrobiłam się ze wszystkim i o umówionej godzinie stawiałam się na miejscu zbiórki. 

Wejście na Bystrą było dla mnie priorytetem podczas tego wyjazdu. Tym bardziej, że w sierpniu podjęłam nieudaną próbę jej zdobycia. Chociaż wtedy wydawało mi się, że dam radę, tym bardziej, że samą Kościeliską przeszłam w niecałe 55 minut. Niestety droga na Ornak tak mnie wykończyła, że musiałam zawrócić. Teraz wiem, że po nocnej podróży (mając za sobą bardzo pracowity dzień) nie należy zbyt mocno się forsować.

Wracamy do niedzieli. Nasza szalona drużyna zmniejszyła się do standardowego już składu: Tomasz, Basia no i ja. Bliźniak od rana źle się czuł i to też miało zaważyć na naszej wyprawie, ale o tym w swoim czasie. Wyruszyliśmy z Siwej Polany. Nie chcąc niepotrzebnie się męczyć poczekaliśmy na "ciuchcię", a później pędem ruszyliśmy w kierunku Doliny Starorobociańskiej. Postanowiłam przejąć inicjatywę i prowadzić. Na szczęście nikt nie miał nic przeciwko. Muszę przyznać, że lubię chodzić pierwsza, bo wtedy nadaję jednostajne tempo i praktycznie nie czuję zmęczenia. Chyba dlatego lubię sama szwędać się po górach. Nikt mi się nie wcina jak mam iść. W ogóle w całym tym wyjeździe dziwne było to, że nie męczyłam się tak bardzo jak w sierpniu, może dlatego że wróciłam do biegania i lepiej wszystko znosiłam.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie jeszcze w Dolinie Starorobociańskiej. Miło było zjeść śniadanie w takich okolicznościach przyrody.



Po posiłku ruszyliśmy dalej. Byłam pełna optymizmu i wierzyłam, że tym razem Bystra nie okaże się zołzą. Doszliśmy na Siwą Przełęcz, na której potwornie wiało, choć i tak mniej niż poprzedniego dnia na Wierchach. Trzeba było jednak się ubrać. Włożyłam na siebie wszystko co miałam w plecaku, polar, kurtkę i rękawice. Założyłam jeszcze kaptur, żeby mi głowy nie urwało. I tutaj też zabraliśmy się za jedzenie i picie gorącej herbaty. To miał być mój ostatni posiłek... przed wejściem na Bystrą. Była jakaś sesja zdjęciowa. Nic nie poradzę, że uwielbiam pozować. I muszę przyznać, że podczas tego wyjazdu to ja wygrałam konkurs "na lans". Ha! Tak myślę, że to tylko dlatego, że bliźniak nie czuł się dobrze i nie chciało mu się ustawiać do zdjęcia. 




W dobrych humorach doszliśmy na Siwy Zwornik. Teraz już wiedziałam, że Bystra jest w zasięgu... nóg. ;) Parłam do przodu jak strzała, zachwycając się widokami i starając się nie porwać wiejącemu silnie wiatrowi. Przeszliśmy już szlak prowadzący na Błyszcz, do szczytu Bystrej zostało max. 30 minut i... odwróciłam się, a Tomek mówi, że on już dalej nie idzie, bo nie da rady, źle się czuje... ale my mamy iść... Basia na to, że ona też nie idzie... Spojrzałam na Bystrą, spojrzałam na Basię i Tomka... w głowie szybko myśli mi się pobiły. Spojrzałam jeszcze raz na nich i rzuciłam: "Ok. To ja idę. Poczekajcie gdzieś na mnie niżej". I ruszyłam przed siebie. Nie mogłam zawrócić, nie potrafiłam. Pogoda nie była zła. Było zimno i wietrznie, chmury raz po raz przesłaniały widoki by za chwilę je odsłonić. Byłam zbyt blisko celu, zbyt blisko spełnienia kolejnego marzenia, by z niego zrezygnować. Oni byli razem, więc nic nie mogło im się stać, a ja... ja zawsze sama daję sobie radę...





Po ok. pół godziny doszłam na szczyt Bystrej. Byłam sama. Mogłam przez chwilę delektować się ciszą i widokami. Przed wejściem kilku turystów podążających za mną zdążyłam zrobić sobie jeszcze zdjęcie z samowyzwalacza. ;) Było pięknie. W końcu się udało. 





Jednak by poczuć całkowite spełnienie trzeba było jeszcze poszczytować na Błyszczu, który błagał bym do niego przyszła. Nie mogłam mu odmówić, nawet nie chciałam. :) Spełniłam i jego i moje marzenie. ;) Obowiązkowo było zdjęcie na słupku, które zrobił mi pewien bardzo miły turysta.



Po godzinie od rozstania się z Muszkami znalazłam ich czekających na mnie. W końcu uzupełniłam płyny i ruszyliśmy w drogę powrotną. Niestety wróciliśmy tą samą drogą, którą weszliśmy, chociaż początkowo planowaliśmy iść przez Ornak. Generalnie lubię zmiany tras jeśli jest taka możliwość, ale poszłam na ustępstwo. Najważniejszy cel osiągnęłam i byłam w rewelacyjnym nastroju. Załapaliśmy się jeszcze na ostatni kurs kolejki.
Nasze wspólne chodzenie po Tatrach dobiegło końca. Zostało mi jeszcze kilka godzin poniedziałku. Poszłam... ale to już inna opowieść.







poniedziałek, 2 grudnia 2013

Czerwone w końcu czerwone :) 12.10.2013 r.

Na ten wyjazd czekałam od sierpnia, czyli od powrotu z Tatr. Bardzo chciałam zobaczyć prawdziwą jesień w górach. Początkowo planowałam Bieszczady, ale niestety na weekend byłoby mi ciężko się tam dostać bez auta. Zostały więc ukochane Tatry.
Na pierwszy ogień poszły Czerwone Wierchy. Stwierdziłam, że po 24 godzinach bez snu nie będę się przemęczać. Dzień obfitował w spotkania: Much, Żmijek, kozic, Czarnej Owcy i jednego buca (a że go ten wiatr nie zwiał).
Na szlak wyruszyliśmy dość późno, bo było już ok.10.00 (nocna podróż, dojazd na kwaterę, żeby zostawić suszarkę :P budzenie Doroty, próba dodzwonienia się do jednej ze Żmijek... i kawa w Kuźnicach). Skład szalonej gromadki to oczywiście "Tomasz i jego harem" (Basia, Ania i Iva). Były jeszcze problemy z aparatami fotograficznymi i dojście do schroniska na Kondratowej zajęło nam trochę więcej czasu niż powinno (ale kawa na szlaku w kubkach po piwie była bardzo smaczna).


Nie wiem co nas podkusiło, żeby zamiast od razu iść na Kopę, to wymyśliliśmy sobie, że wejdziemy na Przełęcz pod Kopą, bo stwierdziliśmy, że szlak jest dużo łagodniejszy. O my, naiwni! Zmęczyliśmy się strasznie, a że na dole było jeszcze ciepło musieliśmy się rozbierać. Jednak im wyżej, tym wiatr był bardziej przeszywający. I tak na Przełęczy wyciągnęłam z plecaka nawet rękawiczki :D I obowiązkowo okulary przeciwsłoneczne. Widoki były zachwycające. Tęsknie spoglądałam w stronę Wysokich, a szczególnie na majestatyczną Świnicę. 



Na Kopie wiało jeszcze mocniej. Ciężko było utrzymać równowagę. A gdyby nie okulary przeciwsłoneczne łzy płynęłyby mi strumieniami. ;) Był oczywiście lans na słupku, bo jakżeby inaczej.


Spotkaliśmy też kozice.


W drodze na Małołączniak spotkaliśmy buca. Całe szczęście szybko się oddalił, bo mogłoby dojść do rękoczynów. ;) (Zdjęcia nie zrobiłam.)
Na Małołączniaku ledwo trzymaliśmy się na nogach. Dobrze, że był słupek, bo wiatr na pewno by mnie porwał. ;)


Znaleźliśmy spokojniejsze i cieplejsze miejsce, by się posilić. Ale jak tu się skupić na jedzeniu gdy wokół taaaaaaaaaakie widoki.  Leżąc, jedząc i nieustannie gadając powstało kilka bardzo dziwnych ujęć. W końcu trzeba być twórczym. ;)



Czekało nas jeszcze podjęcie najważniejszej decyzji czy iść na Krzesanicę i Ciemniak, czy schodzić z Małołączniaka na dół. Wieje, jest zimno, ciemne chmury i mgła nie zachęcają do dalszej wędrówki. Jest godzina 15:00. Zapadła decyzja: schodzimy. Była chociaż okazja do jedynego podczas tego wyjazdu kontaktu z łańcuchami. I jedyne grupowe zdjęcie.
Dojście do Przysłopu Miętusiego zeszło nam bardzo szybko, może dlatego że z Anią gadałyśmy jak najęte i nie zwracałyśmy uwagi na czas. To tam odbyła się główna sesja zdjęciowa, podczas której Ania stwierdziła, że powinnam zdjąć koszulkę, na co jeden z siedzących turystów powiedział: "o tak, bardzo dobry pomysł". Koszulki jednak nie zdjęłam. :P


I tak skończyła się nasza górska przygoda tego dnia. Dojechaliśmy do Zakopanego, zjedliśmy, wypiliśmy po piwie i poszliśmy na kwaterę. Szczerze mówiąc po 38 godzinach bez snu ostatnie 2 godziny były dla mnie bardzo dziwne. Gadałam głupoty, plątał mi się język. Marzyłam tylko o tym, żeby się w końcu położyć, bo w niedzielę czekała na mnie Bystra... ale o tym innym razem. ;)

I na koniec jeszcze kilka zdjęć.