Marzenia... Moja głowa jest ich pełna. Większość związana jest oczywiście z górami, a w szczególności z Tatrami. Mam oczywiście też inne, ale chyba boję się o nich mówić otwarcie, jednak żyją one w mojej świadomości i... podświadomości. Czasem pozwalam im ujrzeć światło dzienne... gdy je realizuję. Życie bez marzeń byłoby puste i bezbarwne, a ja chcę swojemu życiu nadać kolorów. Najważniejsze w marzeniach jest dążenie do ich realizacji, sama droga, którą pokonujemy, ludzi, których spotykamy, bo samo spełnienie marzeń choć daje zadowolenie, nie jest tak fascynujące jak podejmowane wysiłki, by osiągnąć sukces. Bardzo często, by do czegoś dojść trzeba pokonać swoje słabości, lęki, zmierzyć się z przeciwnościami losu. I to właśnie robię każdego dnia, podejmuje walkę, by szara codzienność nie zabiła we mnie marzeń i pasji, bym mimo wielu upadków zawsze potrafiła "odbić się od dna"...
poniedziałek, 30 września 2013
piątek, 13 września 2013
Orla Perć - bo marzenia są po to, żeby je spełniać...
Orla Perć, najtrudniejszy i najniebezpieczniejszy szlak w Tatrach, miedzy przełęczami Zawrat i Krzyżne, i dalej grzbietem Wołoszyna, aż po Polanę pod Wołoszynem (jednak odcinek od Krzyżnego od 1932 roku jest zamknięty).
Orla Perć, moje marzenie, którego nie udało się zrealizować przed 30, ponieważ w zeszłym roku na odcinku od Zawratu do Koziej Przełęczy spotkała mnie burza i musiałam uciekać. Ale marzenia są po to, by je spełniać. I tak w tym roku dokonałam tego, o czym śniłam, czym żyłam przez ostatnie miesiące.
Dolina Pięciu Stawów, niedziela, 11 sierpnia 2013, godz. 3:30, budzi mnie nie mój budzik, ale jestem mu wdzięczna, bo wiem, że do mojej pobudki zostało 30 minut. Naciągam na siebie mocniej koc, zamykam oczy, ale już nie chcę spać, w głowie widzę siebie wędrującą w stronę Zawratu. Pół godziny później siedzę na niewygodnym łóżku i zaczynam się ubierać. Pakuję plecak i wychodzę z pokoju. Muszę uważać, żeby nie podeptać ludzi śpiących na korytarzu, schodach... ech... po prostu śpiących wszędzie. Nawet nie mam ochoty na kawę. Chce już iść i zmierzyć się ze sobą. Na dworze jeszcze ciemno, ledwo zarysowują się kontury gór. O 5:00 wychodzimy w 3-osobowej grupce (Basia, Tomek - brat bliźniak i ja). Wdychamy rześkie poranne powietrze. Podczas wędrówki na Zawrat mamy okazję podziwiać wschód słońca... Coś pięknego! Tatry w puchowej kołderce z refleksami światła przebijającego się przez nią wyglądają nieziemsko. Dla takich widoków i wrażeń mogę nawet nie spać.
O 7:00 dochodzimy na Przełęcz Zawrat, mały popas, sesja zdjęciowa z kozicami i ruszamy dalej.
Zaczynam czuć właściwie emocje, bo po raz drugi próbuję spełnić swoje marzenie związane z Orlą. Czy się uda? Pogoda wydaje się być pewna, ale czy wystarczy sił? Mkniemy przed siebie. Czuję, że żyję. Kontakt z łańcuchami daje mi dużo satysfakcji, mam wrażenie, że jestem do nich stworzona. Jest cudnie. Na szlaku, poza naszą trójką, jest zaledwie parę osób. Moje towarzystwo zostawia mnie w tyle, ja tymczasem wdaje się w rozmowę z napotkanymi turystami. Swoją drogą bardzo przystojnymi :P Po kilku minutach ruszam dalej i doganiam swoich przy Skalnym Chłopku, gdzie robimy sobie małą sesję zdjęciową (marzyłam o tym, żeby jak Syzyf spróbować ruszyć kamień, ale on ani drgnął - czyli końca świata nie będzie jeszcze długo).
Powracają wspomnienia sprzed roku, gdy w burzy szliśmy tą samą trasą, a w głowach kłębiły się myśli, czy zejdziemy bezpiecznie. Teraz nie ma tego problemu, pogoda jest fantastyczna i możemy cieszyć się widokami, robić masę zdjęć. W końcu dochodzimy do słynnej drabinki i oczywiście tutaj kolejna sesja zdjęciowa, no bo jak nie mieć "sweet foci" w tym miejscu, przecież tylko po to tutaj przyszliśmy. ;)
Na Koziej Przełęczy spotykamy się z Marta i Anią, które postanowiły pospać dłużej i nie zdecydowały się na wspólna wędrówkę. Do Koziego Wierchu idziemy razem. Na szczycie oczywiście zdjęciowy szał i lans. Ja gubię jedna baterię ze starego aparatu (panoram już nie będzie, i jestem trochę zła, że zaśmieciłam niechcący tatrzańskie środowisko - ech głupie, popsute zamykanie baterii). Na szczęście mam swój nowy ukochany aparat, który jednak na łańcuchach musiałam schować do plecaka, bo bardziej skupiałam się na nim, niż na sobie. Teraz go wyjmuje i obfotografowuję widoki ze wszystkich stron.
Oczywiście znów popas, na którym krówka Rozrabiaka pożera nam kabanosy.
Jest nam tak dobrze, że nie mamy ochoty się ruszać, ale przecież przed nami jeszcze kawał drogi. Rozstajemy się z dziewczynami i idziemy dalej na spotkanie z przygodą. W głębi duszy cieszę się jak dziecko, bo podświadomość podpowiada mi, że w tym dniu spełnię swoje marzenie. Nie czas jednak na większe przemyślenia, bo trzeba skupić się na szlaku. Nie wiem jak i kiedy dochodzimy na Zadni Granat. Tą trasą idę po raz pierwszy, więc bardziej uważam na każdy krok, idę intuicyjnie, ale pewnie. Jestem zachwycona widokami i co chwila wyciągam aparat, by zrobić zdjęcie. Czuję też już zmęczenie, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam, żeby zrezygnować. Przed nami jeszcze tylko Pośredni i Zadni Granat, później Orla Baszta i oby dojść do Przełęczy Krzyżne... Tak właściwie czuję przesycenie widokami, za dużo piękna wokół mnie, aż w głowie się kręci, zacierają się szczyty i przełęcze. Robię zdjęcia, bo nie mogę się powstrzymać, ale bardziej niż na widokach skupiam się na bezpiecznym przejściu szlaku. Nie jestem w tym odosobniona. Cała nasza trójka czuje podobnie. W końcu dochodzimy do upragnionego Krzyżnego.
Teraz tylko czeka nas dojście do schroniska. Jesteśmy zmęczeni, a szlak ciągnie się i ciągnie, marzymy tylko o jedzeniu, kąpieli i piwie. O 18:00 docieramy do schroniska, zmęczeni, ale szczęśliwi. Tak naprawdę chyba jeszcze nie dotarło do mnie, że przeszłam całą Orlą Perć w ciągu jednego dnia. Może dla niektórych to nie jest wyczyn, ale ja jestem z siebie dumna, bo pokonałam swoje słabości, swoją kondycję, z która ostatnio miałam konflikt, a która jednak postanowiła do mnie wrócić. ;) Na zakończenie dnia czeka nas jeszcze wspaniały zachód słońca w Tatrach, o którym zawsze marzyłam. "O tak, życie jest piękne" - pomyślałam sobie, gdy resztki promieni słonecznych oświetlały górskie szczyty...
O 7:00 dochodzimy na Przełęcz Zawrat, mały popas, sesja zdjęciowa z kozicami i ruszamy dalej.
Zaczynam czuć właściwie emocje, bo po raz drugi próbuję spełnić swoje marzenie związane z Orlą. Czy się uda? Pogoda wydaje się być pewna, ale czy wystarczy sił? Mkniemy przed siebie. Czuję, że żyję. Kontakt z łańcuchami daje mi dużo satysfakcji, mam wrażenie, że jestem do nich stworzona. Jest cudnie. Na szlaku, poza naszą trójką, jest zaledwie parę osób. Moje towarzystwo zostawia mnie w tyle, ja tymczasem wdaje się w rozmowę z napotkanymi turystami. Swoją drogą bardzo przystojnymi :P Po kilku minutach ruszam dalej i doganiam swoich przy Skalnym Chłopku, gdzie robimy sobie małą sesję zdjęciową (marzyłam o tym, żeby jak Syzyf spróbować ruszyć kamień, ale on ani drgnął - czyli końca świata nie będzie jeszcze długo).
Powracają wspomnienia sprzed roku, gdy w burzy szliśmy tą samą trasą, a w głowach kłębiły się myśli, czy zejdziemy bezpiecznie. Teraz nie ma tego problemu, pogoda jest fantastyczna i możemy cieszyć się widokami, robić masę zdjęć. W końcu dochodzimy do słynnej drabinki i oczywiście tutaj kolejna sesja zdjęciowa, no bo jak nie mieć "sweet foci" w tym miejscu, przecież tylko po to tutaj przyszliśmy. ;)
Na Koziej Przełęczy spotykamy się z Marta i Anią, które postanowiły pospać dłużej i nie zdecydowały się na wspólna wędrówkę. Do Koziego Wierchu idziemy razem. Na szczycie oczywiście zdjęciowy szał i lans. Ja gubię jedna baterię ze starego aparatu (panoram już nie będzie, i jestem trochę zła, że zaśmieciłam niechcący tatrzańskie środowisko - ech głupie, popsute zamykanie baterii). Na szczęście mam swój nowy ukochany aparat, który jednak na łańcuchach musiałam schować do plecaka, bo bardziej skupiałam się na nim, niż na sobie. Teraz go wyjmuje i obfotografowuję widoki ze wszystkich stron.
Oczywiście znów popas, na którym krówka Rozrabiaka pożera nam kabanosy.
Jest nam tak dobrze, że nie mamy ochoty się ruszać, ale przecież przed nami jeszcze kawał drogi. Rozstajemy się z dziewczynami i idziemy dalej na spotkanie z przygodą. W głębi duszy cieszę się jak dziecko, bo podświadomość podpowiada mi, że w tym dniu spełnię swoje marzenie. Nie czas jednak na większe przemyślenia, bo trzeba skupić się na szlaku. Nie wiem jak i kiedy dochodzimy na Zadni Granat. Tą trasą idę po raz pierwszy, więc bardziej uważam na każdy krok, idę intuicyjnie, ale pewnie. Jestem zachwycona widokami i co chwila wyciągam aparat, by zrobić zdjęcie. Czuję też już zmęczenie, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam, żeby zrezygnować. Przed nami jeszcze tylko Pośredni i Zadni Granat, później Orla Baszta i oby dojść do Przełęczy Krzyżne... Tak właściwie czuję przesycenie widokami, za dużo piękna wokół mnie, aż w głowie się kręci, zacierają się szczyty i przełęcze. Robię zdjęcia, bo nie mogę się powstrzymać, ale bardziej niż na widokach skupiam się na bezpiecznym przejściu szlaku. Nie jestem w tym odosobniona. Cała nasza trójka czuje podobnie. W końcu dochodzimy do upragnionego Krzyżnego.
Teraz tylko czeka nas dojście do schroniska. Jesteśmy zmęczeni, a szlak ciągnie się i ciągnie, marzymy tylko o jedzeniu, kąpieli i piwie. O 18:00 docieramy do schroniska, zmęczeni, ale szczęśliwi. Tak naprawdę chyba jeszcze nie dotarło do mnie, że przeszłam całą Orlą Perć w ciągu jednego dnia. Może dla niektórych to nie jest wyczyn, ale ja jestem z siebie dumna, bo pokonałam swoje słabości, swoją kondycję, z która ostatnio miałam konflikt, a która jednak postanowiła do mnie wrócić. ;) Na zakończenie dnia czeka nas jeszcze wspaniały zachód słońca w Tatrach, o którym zawsze marzyłam. "O tak, życie jest piękne" - pomyślałam sobie, gdy resztki promieni słonecznych oświetlały górskie szczyty...
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
"Człowiekiem gór nie jest ten, który umie chodzić po górach, ale ten który górami potrafi żyć w dolinach" ks. R. Rogowski
Słowa księdza Romana Rogowskiego, "Człowiekiem gór nie jest ten, który umie chodzić po górach, ale ten który górami potrafi żyć w dolinach", zainspirował ostatnio moje rozważania dotyczące życia w górach i na nizinach. Mojego życia. I doszłam do wniosku, że jestem w 100% człowiekiem gór, bo większość czasu spędzam chodząc po płaskim terenie. Moje serce i dusza wyrywa się w Tatry, bo te góry sobie ukochałam, ale mieszkam w centrum kraju, tu jest mój dom, tu pracuję... Ktoś mógłby powiedzieć: "to się przeprowadź, znajdź pracę i wyjedź, to takie proste". Oczywiście, to jest proste, podobno wystarczy tylko czegoś mocno chcieć... Znam wiele osób, które marzą o tym by mieszkać w górach, a tak jak i ja, funkcjonują setki kilometrów od nich. Dlaczego? Może dlatego że potrafią odnaleźć sens również poza nimi, że potrafią cieszyć się chwilą, mają góry w sercu i dzięki nim zachwycają się innymi pięknymi lub mniej ładnymi miejscami. A może są na tyle silni psychicznie, że wytrzymują rozłąkę z ukochanym miejscem... by móc głębiej przeżywać każdą chwilę w nich spędzoną.
Ale miało być o moim życiu w górach i poza nimi. Tatry to dla mnie bardzo szczególne miejsce, w którym moja energia jest dużo większa. Za każdym razem kiedy w nich jestem czuję wolność, radość, której nie da się opisać. A jeśli moje oczy nie mogą cieszyć się tatrzańskimi widokami? Poza oglądaniem zdjęć i wspominaniem przemierzonych szlaków mam inne pasje. Dużo radości sprawia mi jazda rowerem, rolki, czytanie, śpiewanie czy fotografowanie. Jednak życie to nie same przyjemności, ale potrafię z uśmiechem na ustach kosić trawę i później ją zagrabiać ;)
czwartek, 4 lipca 2013
Michał Jagiełło "Wołanie w górach"
"Wołanie w górach" to obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy przemierzają tatrzańskie szlaki. Michał Jagiełło w piękny sposób przedstawił akcje ratownicze w niemal wszystkich rejonach Tatr. Opisał prace ratowników, którzy bardzo często narażając swoje życie ratują innych, bo taka jest ich praca. Autor bardzo często podkreśla w książce, że nie krytykuje turystów, bo i jemu zdarzały się sytuacje, które mogły zakończyć się tragicznie. Ukazuje również, że wypadki przytrafiają się nie tylko niedoświadczonym turystom, ale i bardzo doświadczonym taternikom, ludziom gór, którzy znają je "na wylot", a jedna nieprzemyślana decyzja doprowadza do nieszczęścia. Nawet najprostszy szlak może okazać się zgubny, gdy zmieni się pogoda, a wiadomo, pogoda w Tatrach jest bardzo dynamiczna i potrafi zmienić się w ciągu 15 minut.
Książka Michała Jagiełły jest jedną z moich ulubionych o Tatrach. Czytając ją śmiałam się i płakałam... I na pewno jeszcze do niej wrócę, bo żadna inna nie uczy pokory wobec gór jak ona. Pokory i szacunku do gór i ratowników, którzy niejednokrotnie narażają swoje życie i zdrowie, aby ratować zupełnie obcych ludzi, bo taka jest ich praca... powiem więcej, taka jest ich misja. Przytoczę słowa autora, które pięknie odnoszą się do ratowników: "życie, w jego niekoniecznie górskim wymiarze, to ratowanie i bycie ratowanym, to gubienie ścieżek i odnajdywanie, to czasem ugrzęźnięcie w pułapce przez samego siebie niebacznie zastawionej. Poczucie, że ja mogę komuś pomóc, i że mnie może ktoś kiedyś pomoże - jest ważnym spoiwem w każdym społeczeństwie obywatelskim".
Dla mnie jedyną wadą jest sposób wydawania "Wołania w górach". Posiadam wydanie z 2006 roku, które przedstawia akcje ratunkowe do 2005 roku. W 2012 roku wyszło już kolejne, wzbogacone o następne opisy wypadków. Chętnie poczytałabym jeszcze, by dowiedzieć się co działo się po 2005 roku, ale nie jestem w stanie kupować, chociaż trochę innej, to jednak tej samej pozycji kilka razy. I tak sobie pomyślałam, że gdyby były wydawane co kilka lat suplementy, to chętnie bym je wtedy kupowała. Jednak mimo wszystko uwielbiam "Wołanie w górach"! :)
poniedziałek, 25 lutego 2013
Niedziela w Tatrach
Niedziela, 24 lutego 2013
Obudziłam się kilka minut przed 8.00. Słońca znów nie było widać, a tym samym i Tatr. A przecież miałam iść nad Morskie Oko. Pod wpływem chwili postanowiłam iść do Doliny Kościeliskiej, już po raz kolejny. Chyba powoli staje się tradycją to, że gdy pogoda płata mi figle, wybieram właśnie ten wariant. Widoków oczywiście nie było, ale sam fakt obcowania z przyrodą daje mi poczucie spełnienia i pozwala mi się wyciszyć, a ten wyjazd mial mi w tym pomóc. Co nie do końca jednak wyszlo.
Samotny spacer po dolinie pozwolił mi przemyśleć kilka spraw... Chwila zadumy nad Smreczyńskim była swoistym oczyszczeniem się (może nie tak do końca...).
Gdy juz wracałam zanurzona w swoich myślach rozdzwonił sie moj telefon. Niestety w Kościeliskiej brak zasiegu nie pozwolił mi z nikim porozmawiać. Dopiero po godzinie dodzwoniła sie do mnie siostra z pytaniem gdzie jestem, bo nad Morskim Okiem zeszła lawina... a przecież ja miałam tam być. Okazło się, że nie jest tak jak myślalam, że nikt sie nie martwi co się ze mną dzieje, wręcz przeciwnie. Ta sytuacja pokazala jak dla wielu osób jestem ważna. I być może widokowo wyjazd nie należy do udanych, bo nie mam masy przepięknych zdjęć, to jednak dzięki niemu wiem na kogo mogę liczyć. Dziekuję wszystkim tym, którzy się ze mną skontaktowli tego dnia. :)
czwartek, 10 stycznia 2013
Bibliotekarki to najbardziej wykształcone kobiety :D
Ostatnio spotkałam się ze stwierdzeniem, że "Bibliotekarki to najbardziej wykształcone kobiety". Jestem bibliotekarką, więc nie mogłam "przejść" obok tego obojętnie. Miło jest słyszeć takie słowa, bo jak każda kobieta jestem odrobinę próżna. ;) Zawsze bardziej cieszyło mnie, jeśli ktoś mówił mi, że jestem mądra i inteligenta, niż piękna. A ja się czuję i piękna i inteligentna. Może nie jestem chodząca encyklopedią, są rzeczy o których nie mam "zielonego pojęcia", ale nie boje się do tego przyznać, i cały czas się uczę czegoś nowego. Piękno jest pojęciem względnym, jednym podoba się kobieta szczupła, innym puszysta. A ja powtórzę słowa Sophii Loren "Piękno jest tym, co czujesz wewnątrz i co odbija się w twoich oczach". Oczy to skarbnica wiedzy o każdym człowieku. Ja uwielbiam patrzeć w oczy innych ludzi, i lubię gdy inni również patrzą w moje.
Wracam jednak do sedna sprawy, bo miało być o bibliotekarkach. ;) Są one psycholożkami, służącymi zawsze radą, odznaczają się cierpliwością (chociaż nie zawsze jest lekko). Bibliotekarki muszą mieć bardzo rozległą wiedzę. Mają więc pojęcie o chemii, fizyce, astronomii, matematyce, ekonomii, historii, geografii, muzyce, malarstwie, literaturze, filozofii, psychologii, informatyce, wychowaniu, sporcie... Oczywiście każda ma jakąś dziedzinę, w której jest naprawdę dobra, bo akurat ma takie, a nie inne zainteresowania, ale bibliotekarka nie ogranicza się tylko do jednej rzeczy. Szkoda tylko, że większość ludzi nie docenia ich pracy, a nie jest to, jak się niektórym wydaje, tylko wypożyczanie książek.
Bibliotekarce wystarczy jakieś hasło rzucone przez czytelnika, który akurat szuka informacji na dany temat, chwilę "przetwarza dane", zastanawia się gdzie znajduje się odpowiednia książka, po czym idzie do konkretnego działu, do "upatrzonego" regału, jeszcze przegląda kilka książek i wyciąga te najbardziej przydatne. Przeważnie bywa tak, że jeśli ktoś szuka informacji, to zaraz pojawia się kolejna osoba, która chce książkę na zupełnie inny temat. I tak np. w ciągu 10 minut taka bibliotekarka wyciąga książki o "historii malarstwa", następnie biegnie do regału z fizyką i szuka informacji na temat "mikrofalowego promieniowania tła", by za chwilę kolejnemu czytelnikowi pomóc w znalezieniu odpowiedzi na pytanie dotyczące "stylów zarządzania przedsiębiorstwem".
Mogę z czystym sumieniem podpisać się pod stwierdzeniem, że "bibliotekarki są najbardziej wykształconymi kobietami".
piątek, 28 grudnia 2012
Starorobociański w chmurach - 2011 r.
Starorobociański
Wierch to najwyższy szczyt w części polskiej Tatr Zachodnich (2176 m n.p.m). Nic dziwnego,
że bardzo mnie tam ciągnęło. Zaplanowałam sobie, że zdobędę go podczas
czerwcowego wyjazdu. Miałam szczegółowo sporządzoną trasę. Niestety pogoda
spłatała mi figle. Od samego rana padało… a właściwie lało! Musiałam odpuścić,
co sprawiło mi ogromny wewnętrzny ból, ale wiedziałam, że postępuję rozsądnie.
Lipcowy
pobyt w Zakopanem nie zapowiadał się ciekawie. Większość dni mojego pobytu była
deszczowa. A przecież miałam iść na Starorobociański! W przedostatni dzień
rozpogodziło się. Nie wierzyłam oczom, że nie pada. Zerwałam się z łóżka i
szybko przygotowałam do wyjścia. Tatry osnute były jeszcze mgłą. Wędrówkę
rozpoczęłam ok. godz. 7. Trasę z Kir do schroniska na Hali Ornak zrobiłam
dokładnie w godzinę i 5 minut. Chciałam jak najszybciej dotrzeć na
Starorobociański. Po kilku dniach deszczu powietrze było dość ciężkie. Nie
ukrywam, że od Ornaku do Iwaniackiej Przełączy miałam mały kryzys. Szło mi się
naprawdę źle. Może było to też wynikiem małej ilości snu. Jednak nie poddałam
się. Zwolniłam tempo i podążałam dalej. Oddech mi się wyrównał i już w drodze
na Ornak szło mi się znakomicie. Niepokoiło mnie tylko to, że nie widziałam
gór… Mimo ciepła i przebijającego się słońca Tatry były ukryte w chmurach i we
mgle. Pierwsze wierzchołki zaczęły się wynurzać po ok. 2,5 godziny. Góry
zaczęły zrzucać kołderkę i budzić się ze snu. W pewnych momentach i ja byłam w
„puchu”…. co za wspaniałe uczucie obserwować takie zjawisko i w nim
uczestniczyć. Nie zamieniłabym tego za żadne skarby świata.
Rozkoszowałam się widokami i ciszą… Samotne
wędrówki mają to do siebie, że dobrze się podczas nich myśli. Można ułożyć
sobie w głowie wiele spraw. Zupełnie inaczej doświadcza się pewnych rzeczy. Chłonęłam
wszystko wokół. Nie mogłam oderwać oczu od gór i roślinek. Wypatrywałam kozic.
Tatry to nie tylko szczyty do zdobywania, to wspaniała przyroda, którą nie
sposób się nie zachwycić.
Po spacerze w
chmurach przez Ornak dotarłam do Siwej Przełęczy i dalej zmierzałam w kierunku
Gaborowej Przełęczy. Przez głowę przeleciała mi myśl, że może najpierw iść na
Bystrą… Jednak skręciłam w prawo na Starorobociański. Przy szlaku chodziły
kozice ♥ Nie mogło spotkać mnie nic lepszego podczas wędrówki. I chociaż kozice
się schowały, co jakiś czas przystawałam i patrzyłam czy jakaś nie pojawi się
znowu na horyzoncie. Samo wejście na Starorobociański trochę mnie zmęczyło.
Trasa prowadzi cały czas dość stromo pod górę, a kamienie się obsypują. Na
szczyt weszłam po ok. 30 minutach. Widoki po raz kolejny sprawiły, że poczułam
się jak w niebie. Chmury nieustannie „wpływały” na góry… Mogłabym tak siedzieć
bez końca (jak zawsze).
W drogę
powrotną udałam się w stronę Kończystego Wierchu. I znów spotkałam kozice, lecz
zanim zdążyłam włączyć aparat już ich nie było. Patrzyłam tylko jak znikają w
chmurach, które towarzyszyły mi przez cały czas mojej wędrówki. Czym jest
jednak zdjęcie w porównaniu z poczuciem wewnętrznej radości z takiego
spotkania…Gdy dotarłam na Kończysty
Wierch gór znów nie było widać… wokół otaczała mnie bardzo gęsta mgła. Dobrze,
że zaczął wiać wiatr, który chociaż trochę przetarł szlak na Trzydniowiański
Wierch. Wędrówka była jednak przyjemna. Ze szczytu udałam się na grzbiet
Kulawca i dalej przez Krowiniec (nazywany też Krowim Żlebem) do Polany
Trzydniówki w Dolinie Chochołowskiej. Trasa była uciążliwa (strome zejście i
gęste zarośla). Szłam dość szybko, bo w powietrzu czuć było zbliżającą się
ulewę, a miałam dość wracania ze szlaku w deszczu kolejny dzień z rzędu. Gdy
doszłam do Trzydniówki spadły pierwsze krople deszczu, więc przyspieszyłam i w
ciągu 30 minut znalazłam się na Polanie Huciska, skąd odjeżdża kolejka.
Postanowiłam poczekać na nią pod drzewkiem, które wspaniale chroniło przed
deszczem. Poza tym nie chciało mi się iść godziny asfaltem i to w dodatku w
ulewie. Skorzystałam chociaż z okazji i po raz pierwszy się nią przejechałam
;-) Gdyby to był piękny, słoneczny dzień, na pewno pokonałabym trasę na
własnych nóżkach, ale czasem można sobie dać trochę luzu ;-) A co najważniejsze
wróciłam do pokoju sucha, co rzadko mi się zdarzało podczas lipcowego pobytu w
górach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


